Budowanie relacji z ciałem to nie jest kolejny projekt do zrobienia, ani następna rzecz do odhaczenia w aplikacji self-care. To proces, jak w każdej relacji. Nie linearny, często nieprzewidywalny. Najczęściej to kilka kroków w tył po to, żeby zrobić ten kluczowy do przodu.

To proces zdejmowania warstw: wstydu, porównań, przekonań, które nie są Twoje. To proces rozmrażania ciała, które latami było zamknięte w klatce bez dostępu do czucia. Z różnych przyczyn, samx wiesz najlepiej, albo właśnie się dowiadujesz, jakie są one u Ciebie. Ten proces często jest bolesny, poruszający tkliwe tkanki psychiki, podświadomości. Ale jest on nieunikniony, jeśli chcesz przeżyć swoje życie świadomie, bez cierpienia i w zgodzie ze sobą.
Budowanie relacji z ciałem – moja historia
Mam 33 lata i mogę śmiało powiedzieć, że mój świadomy proces rozmrażania się rozpoczął się jakieś 4 lata temu. Tych 29 prawie nie pamiętam. Co ciekawe, ten proces rozpoczął się dopiero po 2 latach psychoterapii i odbyciu dwóch kursów z Mindfulness i Mindfulness Self-Compassion w szkole Mindfulness Inside, którą serdecznie Ci polecam.


To dopiero tam odebrałam gruntowną psychoedukację i zaczęłam małymi kroczkami uczyć się czuć siebie czuć.
I na początku to było cholernie nieprzyjemne. Każda kolejna medytacja przybliżała mnie do cierpienia, które mieszkało w moim ciele i psychice, którego nauczyłam się nie czuć, żeby przetrwać.
Wiele osób rezygnowało z kursu w jego trakcie i to podobno częsta praktyka. Niewiele osób ma dość zasobów i odwagi, żeby spotkać się ze sobą i swoim cierpieniem.
Ja jednak mam w sobie wewnętrzny drive, jakiś silniczek, światło czy ogień, być może jest to ciekawość, być może jakiegoś rodzaju powołanie, nie wiem jak to nazwać. Tak czy inaczej jest to energia, która pcha mnie w swoją stronę. Do środka. Tak, jakby moim celem i misją na tym świecie było poznanie siebie. Po to by pomagać innym odnaleźć drogę do ich środka.
Jako fotografka, performerka i arteterapeutka pracuję z osobami, które przez całe życie słyszały, że coś jest z nimi nie tak. Ja zresztą też, jak każda osoba z ADHD i w spektrum autyzmu. To nasze wspólne, uniwersalne doświadczenie. Słyszymy krytykę i odrzucenie społeczne tak często, że staje się to częścią naszej tożsamości, wewnętrzną prawdą o sobie. Aż zaczynamy sami to sobie powtarzać.
I chociaż samej mega łatwo mi o tym zapomnieć, napiszę to tutaj, żeby zakląć trochę moje myśli o sobie – to nieprawda. Nic nie nie jest z nami nie tak.
Tak jak kobietom trudno się żyje w świecie zaprojektowanym przez mężczyzn dla mężczyzn, tak osobom neuroatypowym trudno żyć w świecie zaprojektowanym pod neurotypowe potrzeby.
System, w którym żyjemy, oczekiwania społeczne, nie są dla nas intuicyjne. Ich spełnienie wymaga od nas, osób neuroróżnorodnych, ogromnego wysiłku. Wysiłku, który spala masę zasobów, a i tak wyniki często są średnio zadowalające. Więc w odpowiedzi na ten heroiczny wysiłek, zamiast pochwały i gratyifkacji, otrzymujemy najczęściej pogardę i krytykę. Każdy by się wykończył, nie?
Budowanie relacji z ciałem u osób neuroróżnorodnych z ADHD i w spektrum autyzmu
Dla osób neuroróżnorodnych – z ADHD i w spektrum autyzmu – budowanie relacji z ciałem często wygląda inaczej niż w mainstreamowych poradnikach. Bo jak poczuć kontakt z ciałem, kiedy układ nerwowy działa jak system alarmowy: przestymulowany, nadaktywny albo zbyt wyciszony? Jak zaufać sygnałom ciała, kiedy przez lata były ignorowane albo przysłonięte lękiem, przebodźcowaniem i maskowaniem się przed światem?
U osób neuratypowych ciało często bywa źródłem frustracji – bo boli, bo nie reaguje „jak trzeba”, bo nie mieści się w ramach społecznych oczekiwań. Z tego powodu tak wiele osób neuroróżnorodnych otrzymuje również diagnozę C-PTSD. Jak podaje ChatGPT:
C-PTSD, czyli złożony zespół stresu pourazowego (ang. Complex Post-Traumatic Stress Disorder), to forma traumy, która powstaje w wyniku długotrwałego, powtarzającego się stresu – najczęściej w relacjach, w których nie było ucieczki (np. przemoc domowa, zaniedbanie emocjonalne w dzieciństwie, mobbing, przemoc w związku).
W odróżnieniu od klasycznego PTSD (które często wynika z pojedynczego wydarzenia), C-PTSD ma głębszy wpływ na całe poczucie tożsamości i funkcjonowanie emocjonalne. Objawy mogą obejmować:
- trudności z regulacją emocji,
- głębokie poczucie wstydu lub winy,
- chroniczne poczucie zagrożenia,
- trudności w relacjach i zaufaniu,
- poczucie bycia „zepsutą” lub „inną”.
C-PTSD nie wynika z tego, że ktoś jest „za wrażliwy” – to efekt tego, że przez długi czas nie było wystarczającego wsparcia, bezpieczeństwa i uznania granic. Ale można z tego wychodzić – krok po kroku, z ciałem, nie przeciwko niemu.
Bo ciało to, paradoksalnie, pierwszy bastion, które można dla siebie z zamrożenia odzyskać – na własnych zasadach, we własnym tempie, bez porównań. Będąc tego świadoma, w swoim życiu ale też w pracy, tworzę przestrzeń, która uwzględnia różnice w przetwarzaniu sensorycznym, potrzebę przewidywalności, większej ilości czasu i indywidualnego podejścia.
Nie musisz być naprawionx ani świadomx, żeby zacząć. Wystarczy, że jesteś – i że chcesz zacząć słuchać siebie takx, jakx jesteś naprawdę, a nie takx, jakx próbowałaś być, żeby przetrwać.
Co to znaczy budować relację z ciałem?
To znaczy: być w kontakcie.
Obserwować.
Nie oceniać się z zewnątrz, a sprobówać zadomowić się w sobie. Uczyć się czuć – nie tylko napięcie, ale i przyjemność. Uczyć się ufać – sygnałom, impulsom, emocjom. I uczyć się mówić „nie” wtedy, gdy ciało krzyczy, że coś jest za dużo. I uczyć się puszczać – kiedy jest wystarczająco bezpiecznie, by mimo to pozostać we wsparciu.
Budowanie relacji z ciałem to też:
- nauka zgody na bycie zmiennx – czyli akceptacji tego, że będą lepsze i gorsze dni
- odzyskiwanie czucia przyjemności – od najmniejszej do ekstatycznej
- stawianie granic – również własnemu wewnętrznemu krytykowi,
- otwartość na czuły dotyk – przede wszystkim od siebie samx, a potem też od innych
Ale najważniejsze to…
nie opuszczać siebie. Bo ciało to Twój dom, na zawsze. Niezależnie od tego co spowodowało, że przestałxś czuć się w nim bezpiecznie – zawsze możesz do niego wrócić i na nowo oswajać je jako swoje bezpieczne miejsce.
Jak ja pracuję z ciałem? kiedyś i teraz, czyli moja historia part II
Tak jak wspomniałam na początku, moja ścieżka budowania relacji z ciałem zaczęła się od mindfulnessu. Chociaż właściwie to nie jest prawda. Wcześniej też tę relację budowałam, tylko że nieświadomie. Wielokrotnie zastanawiałam się and tym jakim cudem przeżyłam te 27 lat swojego życia, a moje ciało nie odmówiło mi, mimo wszystko, posłuszeństwa. Teraz wiem już dlaczego. Po prostu przez całe życie byłam aktywna i robiłam mnóstwo rzeczy, które pomagały mi się regulować, mimo że nie robiłam ich z najlepszych pobudek.
Zostałam wychowana, przez rodziców i społeczeństwo, do traktowania swojego ciała jak maszynę. Miało chodzić jak w zegarku, trawić jak trzeba, tworzyć na najwyższą ocenę. Poddane wiecznej musztrze i ocenie, coraz ciaśniej zamykało się w zbroi nieczucia, a działania.
Mimo to, wiele z tych aktywności, jako skutek uboczny moich katorżniczych praktyk – również mnie regulowało.
I była to przede wszystkim aktywność fizyczna. Od dziecka uczyłam się pływać, tańczyć, rozciągać ciało, jeździć na rowerze, grać w tenisa, uprawiać karate, jeździć na nartach i snowboardzie, żeglować, pływać na windsurfingu. Bez wątpienia ten ultra szeroki wachlarz aktywności wspierał moje ciało i pomagał mi się regulować.
Druga dziedzina, która od zawsze była mi bliska, to była sztuka, a właściwie twórczość kreatywna. Od dziecka występowałam na scenie w teatrze, śpiewałam, recytowałam wiersze i wiersze pisałam. Potem doszły do tego opowiadania, gra na gitarze, pisanie i śpiewanie piosenek, wreszcie – fotografowanie, które było dla mnie tak naturalne, że właściwie nigdy nie musiałam się go uczyć, chociaż fotografuję od 12 roku życia.
Chociaż moi rodzice nie otrzymali żadnej psychoedukacji, co więcej – o mojej diagnozie ADHD i spektrum autyzmu dowiedzieliśmy się dosłownie ROK TEMU (sic!) – intuicyjnie zapewniali mi przez długi czas możliwość budowania relacji z ciałem i autoregulacji w ten właśnie sposób.
Tym co tę relację z kolei bardzo utrudniało – były zaburzenia odżywania, z którymi borykam się do tej pory. Brak psychoedukacji podczas dorastania skutkował wryciu mi przekonania, że emocji się nie czuje – emocje się zajada. Wszystkie. Czyli, gdy dzieje się coś dobrego – ciastka. A kiedy smucimy – również rozwiązaniem będą ciastka.
Na pierwszej diecie w swoim życiu byłam już chyba jako kilkulatka. Z powodu trudnej sytuacji w domu, od dziecka czułam mnóstwo smutku i napięcia, więc bez opamiętania pochłaniałam bułki z budyniem, a kiedy zabraniała mi tego mama, w obawie, że zostanę grubasem – uciekałam do babci, która zawsze miała jakieś pierniczki w szufladzie na podorędziu.
Prawdopodobnie to była główna motywacja moich rodziców kiedy dobierali mi zajęcia pozalekcyjne – sport, żebym nie tyła. Ale ja i tak tyłam. Na potęgę. Sport od zawsze więc kojarzy mi się jako narzędzie spalania nadmiernych kalorii. I to, że jest obowiązkowy – niezależnie od tego, czy go lubię, czy nie.
Żyjąc przez prawie trzydzieści lat w tej matni wiecznego odchudzania, tycia, zajadania, niedojadania, wiecznej obsesji na temat jedzenia, wyglądu swojego ciała, wagi, wymiarów, w końcu wyhamowałam na przystanku: depresja.
Dla wielu osób, które zmierzyły się z epizodem depresyjnym, był to punkt zwrotny w ich życiu. Dla mnie też był. I w życiu i w relacji z ciałem. Moje ciało zmusiło mnie do kompletnego odwrócenia mojego toku myślenia o swoim ciele, przykuło do łóżka i rzekło: teraz masz czuć, bo dalej to my tak nie zajedziemy.
To była gorzka lekcja i ona do mnie wraca, bo obecnie znowu jestem w epizodzie depresyjnym, ale wywołanym już czymś zupełnie innym – nową traumą, która na ostatnie 3 lata mojego życia zamroziła mnie i moje ciało tak głęboko, że dopiero niedawno się zorientowałam, że żyję w kompletnej dysocjacji. Ale może opowiem o tym kiedy indziej. O ile w ogóle.
Tak czy inaczej, od kiedy przebudziłam się z letargu nieświadomego życia spróbowałam nieskończonej liczby metod, warsztatów, praktyk, które w jakiś sposób wspierały budowanie relacji z moim ciałem. Począwszy od osteopatii, z której korzystam nieprzerwanie od jakichś ośmiu lat, przez psychoterapię, terapię lowenowską, masaże, taniec intuicyjny, kontakt improwizację, sport, medytację, samodotyk, praktykowanie koła zgody, tantra, joga, kąpiele leśne, morsowanie, praktyka uważności i wiele innych.
Wreszcie sama stworzyłam własną metodę, którą nazwałam praktyką ciałożyczliwości, którą realizowałam podczas warsztatów grupowych i indywidualnych z moimi klientami.
To jak wyglądała moja historia, mój proces budowania relacji ze sobą i z ciałem nauczyło mnie, że ma na nie wpływ mnóstwo czynników. Nie tylko wewnętrznych, indywidualnych, tatich jak trauma, doświadczenia życiowe, osobiste przekonania. Ale też, a może nawet przede wszystkim – zewnętrzne.
Będzie to więc system, w którym żyję:
- kapitalizm, który każe mi traktować swoje ciało jako przedmiot do wyrabiania normy produktywności,
- kultura diety, przez którą z pokolenia na pokolenie kobiety i mężczyźni w mojej rodzinie przekazują dalej zaburzenia odżywiania i obsesję szczupłości,
- branża beauty, która dorzuca do tego przymus obsesji na punkcie wyglądu jego ciała, a nie funkcjonalności,
- dodatkowo religia kościoła katolickiego, która od dzieciaka wpajała mi, że ciało to ta „gorsza” część mojej istoty, dodatkowo grzeszna, bo seksualna
- system polityczny kraju, w którym żyje, zgodnie z prawem którego nie mam prawa o decydowaniu o swoim życiu i ciele, jako kobieta, gdybym zaszła w ciążę
- popkultura, która uprzedmiotawia moje ciało i moją seksualność, powodując, że chcąc nie chcąc posiadając części ciała identyfikujące mnie jako kobietę (np. wielki cyce) automatycznie wchodzę w schematy społeczne i kulturowe związane z tą rolą płciową takie na przykład jak: musisz podobać się mężczyznom, nie zakładaj dekoltu jeśli nie chcesz ściągnąć na siebie przemocy etc.
Na własnej skórze doświadczyłam skutków tresowania ciała do posłuszeństwa i bardzo długo nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Dlatego moja metoda pracy fotograficznej nigdy nie polegała na nauce pozowania.
Na sesjach zdjęciowych i podczas warsztatów uczę obecności. Tworzę przestrzeń, w której można zrzucić zbroję i poczuć. Poczuć to co jest tu i teraz. Bez filtrów. Bez „trzymania brzucha”. Bez udawania pewności siebie, której wcale nie trzeba mieć, żeby być godną miłości i bycia zobaczonxm.
W pracy korzystam z narzędzi arteterapii, fotografii reportażowej, mindfulnessu, ruchu intuicyjnego, praktyk ugruntowujących i bezpiecznego dotyku. To nie są puste rytuały – to realne narzędzia regulacji układu nerwowego, które pomagają wyjść z trybu przetrwania do trybu czucia.
Dlaczego budowanie relacji z ciałem ma znaczenie?
Bo wszystko się na tym opiera: seksualność, granice, wybory, związki, kreatywność. Ciało to nie tylko opakowanie, ozdoba, jak nauczył nas myśleć o nim kapitalizm. To żywa, mądra część Ciebie, która wie więcej niż wszystkie poradniki razem wzięte. I, co ciekawe, wie zanim zrozumie to Twoja głowa.
Twoje ciało zasługuje na to, żebyś zaczxł je traktować nie jak projekt do dowiezienia, ale jak partnera w równej, kochającej relacji.