Czy trzeba być Wikingiem, żeby odkryć siebie?
„Nie jesteś już tą osobą, którą znasz – możesz testować siebie na nowo i tworzyć siebie na nowo” – mówi psycholożka Joanna Flis w swoim podcastowym odcinku poświęconym fenomenowi przebierania się i autentyczności symulowanej. Odwołując się do badań naukowych i własnych doświadczeń opowiada, jak udział w festiwalach historycznych, LARP-ach, cosplayach czy nawet przebieranych Sylwestrach może zadziałać jak rytuał przejścia. A ja, fotografka pracująca z ciałożyczliwym spojrzeniem, podpisuję się pod tym całym sercem – bo dokładnie to samo dzieje się podczas arteterapeutycznych foto rytuałów jak moja transformująca sesja zdjęciowa.

Fotograficzna arteterapia jak rekonstrukcja historyczna
Kiedy dziś wysłuchałam najnowszego odcinka podcastu “Madame Monday” Joanny Flis o przebierankach, zarezonowały we mnie wszystkie uśpione komórki ciała. To było cudowne uczucie klarowności – słuchać jak badaczka, psycholożka, zupełnie innym językiem niż ja dotychczas – opowiada o tym, czym się zajmuję i co dzieje się podczas moich sesji zdjęciowych.
Rytuał, nie zabawa
Według Joanny Flis, wcielanie się w postacie z innych światów to nie tylko ucieczka od codzienności, ale… powrót do siebie. To stan przejściowy, który antropolog Victor Turner nazywał liminalnością – przestrzenią między „już nie” a „jeszcze nie”, gdzie zawieszamy swoją codzienną tożsamość i możemy przetestować nową wersję siebie. To właśnie tam, zdaniem Flis, dzieje się psychologiczna magia: „To moment, kiedy możemy zobaczyć, co się wydarzy, gdy nie patrzymy na siebie przez filtr z przeszłości”.
Przecież to jest dokładnie to uczucie, które wiele z moich osób klienckich opisywało po sesji zdjęciowej, gdy zamyka oczy, odpuszcza pozowanie i po raz pierwszy od lat naprawdę czuje swoje ciało. A potem otwiera się na szalony, intuicyjny proces kreacji


Fotografowanie jako akt przebrania, a właściwie – rozebrania
Moje sesje zdjęciowe – choć najczęściej odbywają się bez kostiumów i zbroi – też są przestrzenią liminalną. Kiedy stajesz przede mną i moim aparatem, zostawiasz na chwilę wszystkie „muszę” i „powinnam” za drzwiami (właściwie to najczęściej przed wejściem do lasu albo rzeki). Zapominasz o byciu mamą, szefową, partnerką. Zapominasz czego oczekuje od Ciebie społeczeństwo i w jakie zobowiązania wiąże Cię rola płciowa, którą odgrywasz. Możesz być kim chcesz – a może nawet nikim konkretnym. Po prostu sobą. Tą, która czuje. Która oddycha. Która się rusza albo zamiera w bezruchu.


Czasem zakładasz gorset, który nigdy nie miał wyjść poza dom. Czasem owijasz się brokatową kiecą z lumpa jak królewską szatą. Czasem pozwalasz, bym ujęła na zdjęciu Twój brzuch dokładnie taki, jak wygląda, kiedy jesteś totalnie zrelaksowana – i ta zwyczajność, którą społecznie tak często odrzucamy – staje się magią.

W tej magicznej przestrzeni możesz odkryć niezwykłe skarby. Pokłady pewności siebie, o jakich nie śniłaś. Gniew, którego moc tak Cię przepełni, że poczujesz, jakbyś mogła góry przenosić. A może i nawet zmienić prawo aborcyjne w Polsce. Możesz dotknąć tej wrażliwej tkanki siebie, na którą nie ma miejsca w „normalnym świecie”, a posmyranie której sprawi, że poczujesz jak bardzo teraz jesteś sobą. W tym nieopisanym, mglistym miejscu przejścia, kiedy pierwsze rozbłyski bladego słońca przemieniają ciemną noc w nieśmiały świt, kiedy znienacka gaśnie światło dnia, a świat zaczyna spowijać rosa zmierzchu.

Elastyczność tożsamości – fundament zdrowia psychicznego
Joanna Flis przywołuje też teorię ról społecznych Ervinga Goffmana: „Wszyscy jesteśmy aktorami. Nasze codzienne życie to scena, a każda rola ma swój scenariusz, rekwizyty, konwencje”. Ale – jak podkreśla psycholożka – dopiero wtedy, gdy sami wybieramy swoją rolę, a nie tylko odgrywamy te przypisane nam przez społeczeństwo, możemy poczuć się naprawdę sobą.


Podczas transformującej sesji zdjęciowej Ty możes zdecydować, które z ról chcesz zostawić, a w które się wcielić. Nie rozkminiając za długo, podążyć za czuciem, które każe Ci stać się Ofelią, topielicą, rusałką, syreną, wróżką, czy wiedźmą – i zobaczyć co żywego, co Twojego jest w tym archetypie, który posłuży Ci za scenę.
Moje osoby klienckie często po obejrzeniu zdjęć mówią: „Pierwszy raz widzę siebie taką”.
Nie chodzi o to, że zdjęcie pokazuje jakąś ich „lepszą” wersję. Ono po prostu pokazuje inną – równie prawdziwą. Czasem bardziej dziką, czasem bardziej miękką, czasem zadziorną. Ale zawsze własną.

Grupowe sesje zdjęciowe jak wspólnota plemienna
Flis zauważa, że festiwale historyczne działają jak współczesne odpowiedniki świąt plemiennych: „Nie trzeba nikogo znać, żeby poczuć przynależność – wystarczy wspólny kod symboliczny, rytuał, opowieść”. Z tego samego powodu moje sesje i warsztaty opierają się na bezpieczeństwie, wspólnocie, świadomej zgodzie. Nie musisz znać nikogo z grupy. Wystarczy, że łączy nas to samo pragnienie: poczuć się sobą – i dać sobie na to przyzwolenie.
To jest rytuał. To jest sztuka. I to jest uzdrawiające. Dlatego nazywa się arteterapią.

Co mówi nauka?
Joanna Flis powołuje się na badania z zakresu psychologii immersji, które pokazują, że zanurzenie się w fikcyjne światy zwiększa empatię, kreatywność i elastyczność tożsamości. A także na badania nad stanem flow, który pojawia się wtedy, gdy działanie pochłania nas całkowicie – co z kolei wzmacnia poczucie sensu i szczęścia.


Transformująca sesja zdjęciowa – dokładnie jak walka na miecze na festiwalu w Wolinie – może być właśnie takim stanem. Zanurzeniem. Odpoczynkiem od kontroli. Momentem, w którym nie jesteś obserwatorką siebie – tylko sobą w doświadczeniu.
Moja historia na scenie
Jako dziecko występowałam na scenie od kiedy tylko pamiętam. Pierwsze przedstawienia w przedszkolu, potem podstawówka. Krótka przerwa w liceum, ale na studiach byłam zaangażowana w działalność teatru akademickiego, po czym ze znajomymi, stworzyliśmy własny teatr amatorski.
Kocham scenę i czuję się na niej jak ryba w wodzie. Czy może powinnam napisać – syrena. Co ciekawe, najlepiej gra aktorska wychodzi mi, kiedy mogę improwizować. Ale, jak mawiała nauczycielka języka polskiego w moim liceum – nie ma dobrej improwizacji bez świetnego przygotowania.
Kiedy w poprzednim życiu pracowałam w dziale marketingu pewnej farmaceutycznej korporacji, wysłano mnie na szkolenie z wystąpień publicznych. Nauczyłam się tam wielu technik z grupy “jak zainteresować publiczność”, ale kiedy przychodziło do zaprezentowania ich przed uczestnikami warsztatu… jąkałam się. Moja ekspresja, twórczość, inwencja nie mieściły i dalej nie mieszczą się w żadnych ramach. Potrzebowałam móc poczuć się swobodnie. I lecieć z flow.
Później na wiele lat porzuciłam sceniczne występy i bardzo mi tego brakowało. Aż pojechałam na sekspozytywny festiwal Milk’n’Honey, na którym poznałam Martę Ziółek, mistrzynię kreacji i choreografii i wzięłam udział w warsztatach zakończonych performansem na cześć greckiej bogini obfitości, mleka i miodu – Melissae.
Ten występ połączył mnie z tęsknotą, ogromną tęsknotą, którą kisiłam w sobie już za długo. Tęsknotą za kreacją, tęsknotą za sceną. Tęsknotą za moją symulowaną autentycznością.
Rok później dostałam się do artystycznego projektu Marty mającego na celu redefinicję archetypu syreny w kulturze i opowiedzeniu na nowo mitu założycielskiego o warszawskiej syrence.

Tygodniowe warsztaty zakończyły się performansem w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie, podczas których wśród profesjonalnych performerów i tancerzy, wcieliłam się w postać syreny śmierci. Byłam w tej grupie jedyną osobą w ciele spoza kanonu, widocznie się wyróżniałam, a swoim strojem, który wybrałam na występ, jeszcze to podkreślałam.

To było dla mnie ogromne wyzwanie, ale też potężny proces wewnętrzny. Niezwykła twórcza transformacja moich wewnętrznych kawałków, które domagały się mojej uwagi, ale nie potrafiłam się nimi zająć w innej formie, niż właśnie przetransformowanie ich w sztukę.
To był głęboki skok w ciemne wody mojej podświadomości i po raz kolejny dopłynęłam do brzegu tej toni silniejsza. Odziana w kolejną warstwę bezwarunkowej samoakceptacji.

Symbol syreny towarzyszył mi tamtego roku jeszcze zanim dowiedziałam się o projekcie Marty. Intuicyjnie prowadził mnie przez proces żegnania się z tym, co zakończone i witania z tym, co przede mną. Syrena – mój symbol przejścia. Stąd też inspiracja do stworzenia warsztatów Syreni Śpiew Nocą Letnią.
Last but not least

Jeśli festiwal Wikingów czy choreograficzne wygibasy w galerii sztuki brzmią dla Ciebie zbyt egzotycznie, mam dobrą wiadomość. Nie musisz tam jechać, by doświadczyć swojej wielowymiarowości. Możesz to zrobić w kameralnej, intymnej przestrzeni podczas sesji zdjęciowej, gdzie wszystko, co masz w sobie, jest mile widziane. A ja mogę Cię w tym przewodzić i Tobie towarzyszyć. Jeśli jesteś gotowa sprawdzić, kim możesz się stać, kiedy na chwilę zdejmiesz przypisane Ci role – zapraszam Cię do mnie.
Odważ się spotkać z kolejną wersją Twojego unikalnego, wielowymiarowego ja.
